niedziela, 23 lutego 2014

Rozdział 19

Rozdział 19

*Per. Carlosa*
Zobaczyłem tego całego Austina z jakimiś ludźmi. Zapewne to byli jego znajomi. Trochę dziwne towarzystwo na pierwszy rzut oka, ale o gustach się w końcu nie dyskutuje. Gdy tamci kolesie odeszli. Austin również uciekł z pola mojego widzenia. Tak więc poszedłem dalej załatwiać swoje sprawy. Chodziłem pół dnia bez celowo po galerii zastanawiając się nad prezentem dla Vic. Nic mi konkretnego nie przychodziło do głowy. Aż w końcu ujrzałem coś odpowiedniego dla niej w jednej z witryn sklepowych. Miejmy nadzieję, że się jej spodoba.

*Per. Jamesa*
Wszyscy szykowali potrzebne rzeczy na urodziny Vic. Niby to kameralna impreza, ale głupio b y było gdyby coś nie wypaliło. Ja na szczęście nie miałem dużo do roboty. Ozdoby do dekoracji były już kupione. Wystarczyło tylko w dniu święta naszej jubilatki udekorować nimi dom. Ja sam zaś snułem się bez powodu po całym domu nie wiedząc co ze sobą zrobić. Megan mi pomogła i to nawet bardzo, ale to i tak nie sprawi, że w jeden dzień wszystko będzie jak dawniej. Muszę przestać w końcu się tym przejmować, pomimo, że to strasznie trudne.

***dzień imprezy***

*Per. Vic*
Cat od rana ciągnęła mnie po mieście. Nawet śniadania mi nie dała zjeść i pewnie gdyby nie moja prośba to gotowa była zabrać mnie ze sobą na ten szalony dzień w niezwykłym stroju - piżamie. Latałyśmy z miejsca na miejsce. Stwierdziła, że potrzebny nam dzień piękności. Trochę nie moje klimaty, ale jestem w stanie się poświęcić. Trochę mi było przykro bo dziś są moje urodziny i liczyłam, że dziewczyny o nich pamiętają. Nie chodzi mi tu o prezenty ani o tory, tylko o pamięć i życzenia. A tu nic.
Najpierw poszłyśmy do manicurzystki, potem do kosmetyczki, kolejnie do fryzjera, a na końcu na zakupy. Cat uparła się, że musimy sb kupić nowe kiecki. Gdy już sobie je upatrzyłyśmy moja przyjaciółka nie pozwoliła mi jej zdjąć i kazała wrócić  w niej do domu. Kompletnie nie rozumiałam o co jej chodziło.

*Per. Megan*
Od rana w naszym domu panował zgiełk. Najpierw rano brechtałyśmy się jak Cat poganiała jubilatkę i co mało nie wyszły z domu w piżamach. Do tego Cat powiedziała, że Vic je za wolno śniadanie, więc stwierdziła, że nakarmi ją to będzie szybciej. Skutkiem tego było to, że wepchnęła jej całą kanapkę do buzi. Nie wytrzymałyśmy z Jen i zwijałyśmy się ze śmiechu. Po wyjściu dziewczyn przyszli chłopaki razem ze Stellą. Logan majstrował coś przy głośnikach, Jen, Kendall i Stella krzątali się w kuchni kończąc jedzonko na imprezę, a ja, James i Carlos dekorowaliśmy dom. Dookoła było pełno serpentyn i balonów. Wyglądało to całkiem przyzwoicie. Gdy uwinęliśmy się ze wszystkim byliśmy dumni ze swojej pracy. Czekaliśmy tylko na dziewczyny. Gdy Cat wysłała mi esa z treścią, że zaraz będą powiedziałam do wszystkich:
- Ludzie, dziewczyny zaraz tu będą. Gasimy światło i chowamy się!
Po chwili było słychać auto na podjeździe. Gdy Viv weszła do domu wszyscy krzyknęli "Niespodzianka!". Vic była nieźle zaskoczona.

*Per. Victorii*
Gdy wreszcie wróciłyśmy do domu byłam padnięta. Marzyłam aby położyć się na swoim łóżku i pójść spać. W domu było ciemno jakby nikogo nie było. Gdy weszłam i zapaliłam światło moi przyjaciele krzyknęli "Niespodzianka!". Byłam mega zaskoczona. Myślałam, że zapomnieli, a oni po prostu chcieli mi urządzić imprezę niespodziankę. Byłam prze szczęśliwa. Do tego całe zmęczenie przeszło. Gdy wszyscy złożyli mi życzenia i dali prezenty zaczęła się zabawa. Tańczyliśmy w najlepsze póki nie zadzwonił dzwonek do drzwi. Jen poszła otworzyć. Z korytarza usłyszałam znajomy mi głos. Nie myliłam się. To był Austin.
- Hej jubilatko. Wszystkiego naj. - podszedł do mnie, przywitał się, uśmiechnął a następnie złożył mi życzenia i  wręczył prezent. Jak się potem okazało dziewczyny go zaprosiły. Byłam im za to dozgonnie wdzięczna.

*Per. Carlosa*
Gdy bawiliśmy się w najlepsze okazało się, że ktoś przyszedł. Był to zapewne ten "znajomy Vic". Tak jak przeczuwałem był nim ten cały Austin. Głupio się szczerząc podszedł do Vic i zaczął składać jej życzenia. Wkurzył mnie ten gość. Tak bez powodu. I to było najdziwniejsze.

*Per. Victorii*
Przyjęcie było niesamowite. Prawie cały czas tańczyliśmy. Ja najwięcej czasu spędzałam z Austinem, co nie znaczy, że innych olałam. Tańczyliśmy w najlepsze: ja i Austin, Kendall ze Stellą, Logan z Cta, a reszta czyli Jen, Meg, Carlos i James siedziała i o czymś rozmawiała. W końcu zmęczona wyszłam na chwilę do ogrodu, aby zaczerpnąć świeżego powietrza.
- No i jak ci się podoba impreza? - spytał mnie mój partner taneczny, który przyszedł tu za mną tak, że go wcale nie słyszałam.
- Jest niesamowita. Jesteście cudowni, że to zorganizowaliście.
- Właściwie, to ja nie miałem z tym nic wspólnego. Dostałem zaproszenie i stwierdziłem, że muszę przyjść. Reszta natomiast odwaliła kawał dobrej roboty.
- To prawda. A tort kokosowy był przepyszny. Aż mam ochotę zjeść jeszcze kawałek. - rozmarzyłam się.
- To jedź. Jeszcze trochę zostało.
- Nieeee. Jak zjem to utyję. A ja jestem za leniwa na ćwiczenia odchudzające.
Austin się ze mnie zaśmiał.
- Jeśli chodzi o mnie, to sądzę, że po jednym kawałku ciasta nie utyjesz.
- No niech ci będzie. Na twoją odpowiedzialność idę po kolejny kawałek. Ale jak utyję będzie na ciebie. - zaśmiałam się.
- Zgoda. Jakoś to przeżyję. - odpowiedział rozbawiony.
Gdy miałam odchodzić zatrzymał mnie.
- Vic? Mogę ci coś powiedzieć?

***************
No i jak wam się podoba? Powoli akacja zaczyna się rozkręcać i mogę wam obiecać, że w kolejnych rozdziałach będzie jeszcze ciekawiej.
8 KOMENTARZY=KOLEJNY ROZDZIAŁ :D

piątek, 14 lutego 2014

Rozdział 18

Rozdział 18

*Per. Kendalla*
Od rana siedzieliśmy u dziewczyn, aby ustalić wszystko co do urodzin Vic. Jednak nie było nam to dane, gdyż przyszła jubilatka była wśród nas i nie zamierzała się ruszyć. A co do Jamesa: chyba już mu trochę lepiej. Wciąż jeszcze sporo mu brakuje do jego wcześniejszej "normalności" jednak ważne jest, że nie siedzi sam zamknięty w pokoju i odcięty od świata.
- Wiecie co? - odezwała się Cat - Pić mi się chce. Vic może przyniosłabyś nam coś? Np. sok pomarańczowy. A nie, czekaj: już nie ma soku. Może skoczysz do sklepu i kupisz?
- Nie trzeba. Byłam wczoraj na zakupach i pomyślałam o tym. - uśmiechnęła się Vic.
- Suuuuuuuuuper.
- A ja bym zjadł Skittelsy. - powiedział od czapy Carlos.
- Tego chyba nie mamy. - odparła Vic.
- To idź i kup. - Vic dziwnie się spojrzała na Cat. - No wiesz, to nasi goście w końcu. Gościom sie nie odmawia, nie?
- No niech wam będzie. Ale to tylko dlatego, że mam dobre serce, choć samej nie chce mi się iść.
- To ja pójdę z tobą. W końcu sam chciałem te Skitellsy.
Gdy w końcu wyszli z domu zajęliśmy się planowaniem. Dziś jest środa, a impreza ma być w sobotę. Niewiele czasu, ale zdążymy, tym bardziej, że będzie tylko 10 osób, ze względu, żenie znamy znajomych Vic. Będziemy my we czwórkę, Stella, dziewczyny, jubilatka i jakiś jej nowy znajomy. Nie wiem co to za jeden, ale to nie moja sprawa.

*Per. Carlosa*
Szliśmy do tego sklepu i całą drogę się śmialiśmy. Jakby nam nagle coś odbiło. Muszę przyznać, że Vic ma bardzo ładny uśmiech. Ogólnie to bardzo ładna i fajna dziewczyna. Gdy wracaliśmy zaczepił ją jakiś gość.
- Cześć Vic.
- Cześć Austin. Co tu robisz.
- Idę do kumpla. A ty?
- Wracam ze sklepu z przyjacielem.
Przyjacielem? Jak miło to usłyszeć.
- A tak w ogóle poznajcie się: Carlos to Austin Wilson, Austin to Carlos Pena.
Podaliśmy sobie ręce i przywitaliśmy się.
- Jakoś ostatnio się nie odzywałaś. Coś się stało?
- Miałam dużo na głowie i tyle.
- Ale wszystko w porządku?
- Jasne.
- Może spotkamy się jutro? Co ty na to?
- Świetny pomysł.
Nie mam pojęcia dlaczego, ale ten gość działał mi na nerwach troszeczkę.
- Vic, nie chcę wam przeszkadzać, ale pewnie się już o nas martwią, czemu tak długo nie wracamy. - powiedziałem.
- Wiesz, masz rację. Lecimy. Pa Austin.
- Ok. To zadzwonię później. Pa Vic. Cześć Carlos.
- Cześć.
Gdy wróciliśmy spędziliśmy resztę dnia razem z innymi. Było naprawdę miło.

*Per. Victorii*
Fajnie, że spotkałam dziś Austina. Trochę mi było głupio, że się tak długo nie odzywałam do niego. Ale na szczęście wszystko było ok. Bardzo go polubiłam. Gdy tak o nim myślałam, zadzwonił telefon. Okazało się, że to właśnie on.
- No hej. Nie przeszkadzam?
- Nie, coś ty.
- To jak, dalej masz ochotę się ze mną spotkać, czy jednak stwierdziłaś, że jestem zbyt namolny?
- Nie jesteś ani trochę namolny.
- Serio?
- Serio.
- To jak z tym spotkaniem?
Czułam, że uśmiecha się do telefonu. Z resztą ja robiłam to samo. Umówiliśmy się na następny dzień, a ja już nie mogłam się doczekać.

*Per. Carlosa*
Siedzieliśmy już w naszym domu, wszyscy w salonie. Stella właśnie też dopiero co wróciła od rodziców. Gdy dowiedziała się o tej całej sprawie z Jamesem stwierdziła, że Bridget nie była wystarczająco dobrą i ładną dziewczyną dla Jamesa. Powiedziała, że nie ma się niczym przejmować. Dużo to ona nie pomogła. Ale co się dziwić. Jest w szczęśliwym związku z Kendallem więc ciężko jej się wczuć w sytuację Jamesa.
- Możecie mnie i Stellę wtajemniczyć w sprawę urodzin Vic? - spytałem.
- A więc - zaczął Logan - Ma być 10 osób, nasza piątka, dziewczyny u jakiś znajomy Vic.
Znajomy. Miałem tylko nadzieję, że nie chodzi o tego Austina. Nie wiem czemu jestem na niego taki cięty. Przecież nic mi nie zrobił.
- Cat zabierze Vic na ten czas z domu, żeby nasza jubilatka niczego się nie domyśliła. James, Megan i ty zajmiecie się dekoracjami. Ja przygotuję muzę, Kendall, Stella i Jennifer przygotują coś pysznego na ząb.
- Ok. Ao której wszystko ma być gotowe?
- Ok 18.
- Spoko, damy radę.
- Pewnie, że dam. - uśmiechnął się Logan.
Siedzieliśmy i oglądaliśmy jakiś durny film w telewizji. Logan jak zwykle się brechtał bo to komedia. Kendall i Stella siedzieli przytuleni do siebie, a James tępo wlepiał swój wzrok w telewizor, ale myślami był gdzieś indziej. Miałem tylko nadzieję, że nie myśli o Bridget, ale pewnie i tak się myliłem.
- Wiecie, ja już jestem trochę zmęczony. Pójdę do siebie. Dobranoc.
- Dobranoc Carlos.
Wszedłem do pokoju i zapaliłem światło. Po skorzystaniu z łazienki położyłem się do łóżka. Cały czas myślałem o tym gościu, którego dziś poznałem. Wydaje mi się być jakiś znajomy. Kogoś mi przypomina. Tylko nie wiem kogo.
Nie będę się wcinał pomiędzy nich. Nie jestem taki. Podczas tych moich rozmyślań usnąłem.
Następnego dnia postanowiłem pójść po jakiś prezent dla Vic. To co zobaczyłem po drodze trochę mnie zaskoczyło.

***************
No i jak się podoba? Trochę nudny, ale dalej postaram się aby było ciekawiej :)
8 KOMENTARZY = KOLEJNA NOTKA :D

niedziela, 26 stycznia 2014

Rozdział 17

Z racji tego, że 17 lat temu w piątek 24 stycznia 1997 roku przyszła na świat pewna mała istotka, która do dziś jest rozkoszna i słodka, lecz również trochę stuknięta i dziwna XD wstawi wam ona dzisiaj notkę abyście się nie nudzili tylko czytali, bo czytanie to ważna rzecz ;)



*Per. Megan*
Otworzyłam drzwi do ich domu i poszłam na górę. Miałam jakieś dziwne przeczucia, ale miejmy  nadzieję, że są omylne. Zapukałam do drzwi pokoju Jamesa. Odpowiedziała mi głucha cisza.
- James, to ja Megan. Proszę otwórz drzwi.
I znowu ta cisza.
- James wiem, że mnie słyszysz. Otwórz te drzwi. Gdy kolejny raz nie odpowiadał zaczęłam się martwić. A co jeśli coś sobie zrobił? Nie darowałabym sobie tego nigdy.
- Dla twojej wiadomości Maslow, nie odejdę stąd dopóki nie otworzysz mi tych pieprzonych drzwi!
Byłam na prawdę zdenerwowana, ale skoro chciałam z nim rozmawiać musiałam się uspokoić. Usiadłam więc pod tymi drzwiami i czekałam. Jak się okazało nie na marne, bo po krótkiej chwili usłyszałam zgrzyt zamka i słowa Maslowa:
- Wejdź.
Wstałam i weszłam do pokoju. Chłopak stał plecami do mnie i patrzył się w okno.
- Nie chcę być niemiły, ale po co przyszłaś?
- Pogadać.
- Pogadać? Nie, dzięki. Nie mam ochoty.
- Na pewno?
- Na pewno. - odpowiedział, lecz czułam w jego głosie, że jednak ma inne zdanie.
- Zapytam jeszcze raz: na pewno.
Nastała cisza, a potem ledwo słyszalne słowo: nie. James usiadł na łóżku ze wzrokiem wbitym w podłogę.
- Ja... Ja sobie z tym nie radzę. - powiedział a ja usiadłam obok niego.
- James, nie chcę nalegać, ale jak się wygadasz może będzie ci lżej? - zasugerowałam.
- Może masz rację. Ale wiesz... Ciężko mi o tym mówić.
- Spokojnie. Weź głęboki oddech i mów to co ci leży na duszy.
- Tak bardzo mi na niej zależało. Kochałem ją. Tak prawdziwie, całym sobą. Wszystko bym dla niej zrobił. Byliśmy razem tacy szczęśliwi.
- Długo byliście razem?
- Prawie półtora roku. Chciałem się jej nawet w pewnym momencie oświadczyć ale stwierdziłem, że jeszcze jesteśmy za młodzi.
On chciał się jej oświadczyć...
- Te wszystkie wspólnie spędzone chwile, ta radość, którą mi dawała. To było niesamowite.Przy niej czułem się najszczęśliwszym facetem na świecie. A teraz w jednej chwili wszystko się spieprzyło. Odeszła zostawiając świstek papieru, w którym napisała, że mnie nie kochała. Rozumiesz? Chciała tylko kasy. Przez ten cały czas mnie okłamywała. Napisała, że odchodzi z innym.
Wiedziałam, że ciężko mu o tym mówić, ale pomimo to nie przerywałam mu.
- Jeszcze jakby tego było mało drwiła ze mnie w tym liście i się zemnie wyśmiewała. Nie masz nawet pojęcia jak to cholernie zabolało. A teraz nawet nie chce mi się już żyć. Nie mam dla kogo. Ona odeszła.
- James przestań gadać głupoty. Jasne, że masz dla kogo żyć. Rodzina, przyjaciele, fani. Oni cię kochają zawsze i bezgranicznie. Dla nich jesteś bardzo ważny. Rozumiem, że ci teraz ciężko, ale nie możesz się poddać. Przyznaj się: ile siedzisz tu zamknięty?
- Odkąd przeczytałem ten list od... niej.
- Nie możesz tak dalej żyć. Bridget nie jest jedyną dziewczyną na świecie. Wiem, że spędziliście ze sobą mnóstwo pięknych chwil, ale czy po tym co ci zrobiła warto się aż tak przejmować? Warto zaprzątać sobie myśli osobą, która cię nie szanowała. Dla której byłej tylko kimś od kogo mogła wyciągnąć kasę? Która udawała uczucie do ciebie?
- Chyba... nie.
- Nie "chyba" James, tylko na pewno. Jestem pewna, że nie zapomnisz o niej z dnia na dzień, ale musisz być silny i dalej iść przez życie. Nie daj jej tej satysfakcji. Bądź szczęśliwy. Bądź sobą.
- Dziękuję Megan.
Chłopak mnie przytulił i chyba lekko się uśmiechnął.
- Znajdziesz jeszcze dziewczynę, która będzie cię kochała takim jakim jesteś, dla której bez względu na wszystko będziesz całym światem. Wiem, co mówię.
- Pewnie masz rację. Ale teraz i tak nie chcę się pakować w nic nowego. Muszę zająć się sobą i pracą.
- Wreszcie mówisz sensownie. A teraz marsz do łazienki się odświeżyć, przebrać w jakieś normalne ciuchy i marsz na dół do kuchni.
- Przepraszam bardzo: masz coś do mojej piżamy? - spytał trochę żartobliwie.
Cieszyłam się, że się trochę rozweselił. 
- Jest nawet spoko. Ale zmień ją, dobrze ci radzę.
- No niech ci będzie.
Poszłam do kuchni i zaczęłam myszkować co by tu zrobić Jamesowi do jedzenia. Postanowiłam przyrządzić mu tosty. Proste, szybkie i pożywne.
- Ładnie pachnie - niezauważalnie wszedł do kuchni Maslow.
- Dzięki. A teraz siadaj i zajadaj.
Zjadł wszystko. Było widać, że od pewnego czasu nic nie jadł.
- Megan?
- Tak?
- Dziękuję ci za wszystko. Za wysłuchanie, za rozmowę, za rady, za pyszne tosty i w ogóle za wszystko.
- Nie ma za co. Każdy na moim miejscu zrobił by to samo.
W tym czasie drzwi frontowe się otworzyły i pozostała trójka zespołu wparowała do środka.
- Hej.
- Hej.
- James, wyszedłeś z pokoju? Jak? - nie dowierzał Logan.
- Wiesz: najpierw wstałem , a potem używając nóg znalazłem się w kuchni.
- Bardzo zabawne. Bardzo. - odpowiedział Henderson.
Może i to nie był ten sam James co wcześniej, ale widać, że się bardzo stara.
- Megan, nie wiem co zrobiłaś ale jesteś cudotwórczynią. - pochwalił mnie Los.
- Ty mnie tak nie zachwalaj bo więcej wam nie pomogę. Teraz lecę do domu. A i mam prośbę: wpadnijcie jutro do nas to omówimy urodziny Vic.
- Ok. Przyjdziemy. - odpowiedział dotąd milczący Kendall.
- To ja idę. Pa.
- Pa.

***************
No i jak się podoba? Bo ja jestem zadowolona :)
Jak myślicie: czy James w końcu pozbiera się po Bridget? I jak miną urodziny Vic?

A TERAZ OGŁOSZENIE PARAFIALNE! XD
Zwykle pod notkami było co najmniej 10 komentarzy. Pod ostatnią było 7. Nie powinnam się smucić bo to też sporo, ale mam prośbę jak czytacie, to komentujcie, nawet krótki kom z anonima. To bardzo motywuje i widać, że chcecie czytać kolejne rozdziały. :)
8 KOMENTARZY=KOLEJNY ROZDZIAŁ :D

czwartek, 23 stycznia 2014

5000 wejść + niespodzianka :)

Moi drodzy, dzisiaj właśnie dobiliśmy do 5000 tysięcy wejść na tym blogu!!! :D
Chcę wam za to ogromnie podziękować. Daliście mi bardzo miły prezent na urodziny (które co prawda są jutro ale nie ważne XD).
Dziękuję Wam za każde wejście na bloga, za każdy komentarz i za to, że chcecie czytać to co nawymyśla mój mózg XD Jesteście wspaniali. :*
A żeby nie była to notka tylko z informacją mam dla Was pewien wierszyk o naszych kochanych chłopakach. Mam nadzieję, że Wam się spodoba :)




Bo Big Time Rush to nasza rodzina,
niech żadne z nas o tym nie zapomina.
Bo jaka by nie była minuta czy godzina,
ci czterej faceci są jak cud malina.

Kendall to romantyczna dusza,
każdego dookoła do łez wzrusza.
Blond włosy  zmierzwione
i cudne oczy zielone.
Możemy patrzeć w nie cały czas,
póki ktoś do pracy nie wezwie nas.

Kiedy Logan zaczyna śpiewać,
wszyscy zaczynają sobie polewać.
A kiedy pokaże swe dołeczki,
robi się słodki jak cukiereczki.
Nie boi się szaleństwa i ryzyka,
i ze strachu w portki nie sika.

James jak mało kto przystojny i silny,
a w szkole był chłopak z niego pilny.
Gdy z Foxem dodaje foteczki,
od razu kochamy te dwie mordeczki.
Najwyższy z tej całej czwóreczki,
na niego lecą wszystkie laseczki.

Carlos zawsze uśmiechnięty,
i bardzo pozytywnie stuknięty.
Zadowolony z życia wiecznie,
z nim zawsze jest bajecznie.
Facet wrażliwy z niego,
nie boi się okazywać tego.

Jednym słowem: BTR to cud,
który stworzył sam Pan Bóg.



Jeszcze raz wam dziękuję. Trzymajcie się ciepło i do zobaczenia wkrótce :)
P.S. Nowy rozdział pojawi się w ciągu najbliższych dni ;)

niedziela, 5 stycznia 2014

Jednorazówka: Ślub Carlexy



No i proszę: nasz Carlos w końcu jest żonaty!!! Z jednej strony to trochę dziwne bo nie za bardzo pasuje mi do niego słowo mąż XD, ale z drugiej ogromnie cieszę się ich szczęściem i życzę im jak najlepiej. Wciąż pamiętam tego Carlosa z początku BTR: fajny, miły i zwariowany chłopak cieszący się życiem. A teraz: dorosły facet, który zapragnął założyć rodzinę, ale wciąż pozostał tym samym super gościem, którym był dużo wcześniej. A więc (pomimo, że tego żadne z nich nie przeczyta) wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia :D

P.S. Jednorazówka byłą pisana na konkurs przed ślubem Carlexy co oznacza, że różni się ona znacznie od oryginalnej wersji :)

*Per. Carlosa*
Piękny i słoneczny piątek. Mamy dzisiaj trzeci stycznia. Dzień  poprzedzający jeden z najcudowniejszych momentów mojego życia. Otóż jutro tu w Meksyku stanę się oficjalnie mężem Alexy Vegi. Zgadza się. Jutro się żenię. Jestem taki podekscytowany i nie mogę się doczekać tej wspaniałej chwili. Jednocześnie trochę się denerwuję, ale muszę zachować zimną krew. Zostało tak mało czasu, a trzeba jeszcze dopilnować czy kucharki wyrobią się z przyrządzaniem potraw, czy zespół będzie na czas, czy sala i kościół są udekorowane i czy moi drużbowie zdążą przylecieć na czas.
- Słońce, co się dzieje? – podeszłą do mnie moja ukochana.
- Nic. – pocałowałem ją delikatnie, jak mój największy skarb, którym była.
- Carlos, nie oszukasz mnie. Przecież widzę, że coś nie gra. – dalej zostawała przy swoim.
- Po prostu strasznie się denerwuję. Mam taki mętlik w głowię, że nawet nie wiem jak się nazywam. Boję się, że coś pójdzie nie tak, że coś nie wyjdzie.
- A myślisz, że ja się nie denerwuję?
- A denerwujesz? Nie widać po tobie.
- Wiesz, jestem w końcu aktorką. – mrugnęła do mnie – Ale ja też się strasznie denerwuję. Boję się, że w ostatniej chwili okaże się, że sukienka nie będzie pasować, albo że coś będzie nie tak z salą, albo że gościom coś się nie będzie podobało. Uwierz mi, że ja tak samo jak ty mam obawy. Ale jednej rzeczy jestem absolutnie pewna.
- Jakiej? – zapytałem zaciekawiony.
- Tego, że jutro poślubię najwspanialszego faceta na tym świecie, z którym będę szczęśliwa do końca moich dni.
- Ja również jestem pewien, że poślubię najcudowniejszą kobietę na świecie, z którą już zawsze będę szczęśliwy. Kocham cię Alexa.
- Ja ciebie też Carlos.
Pocałowałem ją z miłością, którą ją darzyłem. Jednak nie było nam dane dłużej się sobą cieszyć, bo ktoś zapukał do naszego pokoju. Okazało się, że to James.
- Witam parę młodą. – przywitał się ucieszony.
- Witaj główny drużbo. – powiedziałem.
Tak to prawda. James jest moim głównym drużbą. Ale oprócz niego są nimi: Kendall, Logan i mój brat Javi. Z kolei główną druhną Alexy miała być Mckenzie, a pozostałymi: jej druga siostra Krizia, jej przyjaciółka Olivia i dziewczyna Jamesa i zarazem nasza przyjaciółka Halston. Chcieliśmy aby poczuła, że należy do tej naszej zwariowanej paczki i bez względu na to co mówią o niej inni dla nas i przede wszystkim dla Jamesa jest ona kimś ważnym.
- Sory, że przyleciałem dopiero dziś, ale niestety nie dałem rady wcześniej.
- Spoko stary. Nic się nie stało.
- Jak wam idą przygotowania?
- W sumie nie najgorzej. Jest jeszcze kilka drobiazgów do załatwienia, ale damy sobie radę.
- Na pewno? Bo jak coś to jestem do waszej dyspozycji.
- Spokojnie, wszystko jakoś się ułoży. – uśmiechnąłem się porozumiewawczo do Alexy.
- A co z gośćmi? Dotarli już wszyscy?
- Tak, właśnie dzisiaj przylecieli ostatni i są zakwaterowani wszyscy w tym hotelu. – odpowiedziała moja przyszła żona.
- A propo muszę wam przyznać, że znaleźliście super miejscówkę. Ale przyznajcie się, że sporo wybuliliście.
- No fakt. Zakwaterowanie gości, ślub, wesele, trochę to kosztowało. Ale w takim momencie pieniądze nie są ważne. Chcemy, aby to był najpiękniejszy dzień w naszym życiu i chcemy go świętować z ludźmi, którzy są dla nas ważni więc pieniądze w takich chwilach się nie liczą.
-Święte słowa stary, święte słowa. Dobra, nie zawracam wam więcej głowy, jak coś to jestem pod telefonem. Na razie.
- Cześć.
Dalszą część tego dnia spędziliśmy biegając i załatwiając ostatnie formalności. To co mi powiedziała Alexa trochę mnie uspokoiło choć nadal się denerwowałem. Miałem nadzieję, że z czasem wszystko przejdzie.

***następnego dnia***
*Per. Carlosa*
Od rana biegaliśmy i się szykowaliśmy. Chciałem zobaczyć Lex w sukni ślubnej ale kategorycznie mi tego zabroniła, bo stwierdziła, że to przynosi pecha. Takim to sposobem panna młoda z druhnami szykowały się w jednym pokoju, a ja w drugim. Na szczęście facet nie potrzebuje kumpla to tego, żeby ten mu uczesał włosy, czy zrobił makijaż. Dlatego z chłopakami ustaliłem, że spotkamy się już w kościele. 
*Per. Alexy*
Byłam kłębkiem nerwów. Modliłam się aby wszystko poszło zgodnie z planem. Gdy już ubrałam sukienkę, dziewczyny pomogły mi z fryzura i makijażem.  

Byłam im wdzięczna za to co dla mnie robią. Same wcześniej się przygotowały, aby móc mi pomóc. 
Miały śliczne sukienki. Wspólnie je wybieraliśmy. Gdy zbliżała się ta wyjątkowa godzina udałyśmy się do kościoła. Czekałyśmy z boku tak żeby nikt nas nie zobaczył. Widziałyśmy, że chyba wszyscy goście się już zjawili więc stanęłam przed wejściem i czekałam na marsz weselny aby wejść do środka. 

*Per. Carlosa*
Czekaliśmy już w kościele: ja,
James,
Kendall 
i Javi. Brakowało tylko Logana. Wszyscy goście już zajęli swoje miejsca.
- Widzisz James, mówiłem, że coś pójdzie nie tak. Za 5 minut zaczynamy a Logana nigdzie nie widać. – panikowałem.
- Carlos spokojnie. On na pewno zaraz się zjawi. Wiesz, że to jest Logan. On zawsze i wszędzie się spóźnia. Nie martw się. Zanim się obejrzysz Logan tu przyjdzie.
James miał rację. Nie minęły dwie minuty, jak Henderson wparował do sali. 

- Carlos tak cię przepraszam. –powiedział na jednym wdechu – Miałem małe kłopoty po drodze, ale już jestem, nie spóźniłem się. Znaczy chyba.
- Dobrze, że się pojawiłeś bo Carlito już od zmysłów odchodził. – wtrącił Kendall.
- Aż tak to nie. –Kendall na mnie spojrzał z ukosa.- No dobra może odrobinę, ale to dlatego, że się stresuję.
- Stary wyluzuj. Będzie dobrze. To jest twój i Alexy dzień. Nic tego nie zepsuje. My tego dopilnujemy. – rzekł Logan.
- Dziękuję wam. Dziękuję za wszystko.
 - Od tego są przyjaciele. – uśmiechnął się James – Ale lepiej już ustawmy się bo lada moment zaczynamy.
Nie minęła minuta a rozpoczął się marsz weselny. Wtedy ujrzałem moją przyszłą żonę. Wyglądała przepięknie. Aż zabrakło mi słów aby to opisać. Przed nią szły dwie małe dziewczynki i sypały kwiaty, a za nią kroczyły dumnie jej druhny. Scena niczym z bajki.
Uroczystość mijała spokojnie, aż doszliśmy do najważniejszego momentu tej ceremonii. Do przysięgi małżeńskiej. Ksiądz poprosił abyśmy sobie podali dłonie i powtarzali za nim.
- Ja Alexa
- Ja Alexa – powtarzała moja ukochana.
- Biorę Ciebie Carlosie za męża
- Biorę Ciebie Carlosie za męża
- I ślubuję Ci
- I ślubuję Ci
- Miłość
- Miłość
- Wierność
- Wierność
- I uczciwość małżeńską
- I uczciwość małżeńską
- Oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci
- Oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci
- Tak mi dopomóż Bóg
- Tak mi dopomóż Bóg
- I wszyscy święci.
- I wszyscy święci.
Teraz przyszła kolej na mnie.
- Ja Carlos
- Ja Carlos
- Biorę Ciebie Alexo za żonę
- Biorę Ciebie Alexo za żonę
- I ślubuję Ci
- I ślubuję Ci
- Miłość
- Miłość
- Wierność
- Wierność
- I uczciwość małżeńską
- I uczciwość małżeńską
- Oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci
- Oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci
- Tak mi dopomóż Bóg
- Tak mi dopomóż Bóg
- I wszyscy święci.
- I wszyscy święci.
- Proszę o obrączki. – rzekł kapłan udzielający nam ślubu.
Popatrzyłem na Jamesa, a ten zaczął przeszukiwać kieszenie. Jedyna myśl: nie wziął ich. Lecz po chwili ku mojemu zaskoczeniu malutkie pudełko z naszymi obrączkami podał mi Logan i mrugnął do mnie. 

- Niech te obrączki będą symbolem waszej miłości teraz i na wieki wieków. – wygłosił ksiądz, po czym poprosił – Proszę, włóżcie sobie obrączki na palce.
Zrobiliśmy to o co poprosił.
- Ogłaszam Was mężem i żoną. Może Pan pocałować pannę młodą. 

Na to właśnie czekałem tyle czasu. Zbliżyłem się do Alexy i dotknąłem swoimi wargami jej ust. Czułem się jak nastolatek, który całuje się po raz pierwszy w życiu. W sumie po raz pierwszy całowałem moją żonę. „ŻONĘ” Jak to cudownie brzmi. Teraz mogę rzec, że jestem najszczęśliwszym facetem na Ziemi. Wyszliśmy z kościoła, a ludzie zaczęli w nas rzucać ryżem. Następnie przyjmowaliśmy życzenia. Niektóre z nich były zupełnie normalne, czyli: zdrowia, szczęścia, radości, miłości, wytrwałości w związku. A inne trochę śmieszne i dziwne, czyli: dużo dzieci, więcej pozytywnej nienormalności, dobrych kolacji połączonych ze śniadanie i wiele, wiele innych.
Potem postanowiliśmy zrobić sobie taką mini sesję ślubną. Zdjęcia wyszły cudowne.

W końcu udaliśmy się na salę. Były one tak jakby podwójne. Jedna z nich była to klasyczna sala w której, można było zjeść i napić się, 
a druga to była sala, gdzie zamówiony zespół grał a goście się bawili tańcząc.
Wszyscy wypili szampana, a my jako młodzi stłukliśmy kieliszki. Potem rozpoczęły się tańce. Oczywiście pierwszy należał do nas. Wszyscy stanęli w kole, a mi wirowaliśmy w środku świata poza sobą nie widząc. To była magiczna chwila.

Potem wszyscy zaczęli tańczy i bawić się, aż doszliśmy do zabaw.
Pierwsza z nich dotyczyła tylko nas. Usiedliśmy do siebie plecami i dostaliśmy dwie kartki, jedna ze swoim imiennie a druga z imieniem partnera. Wodzirej po kolei zadawał nam pytania, a my mieliśmy podnieść kartki z właściwym imieniem. Pierwsze pytanie brzmiało: kto pierwszy powiedział ”kocham cię”? To było łatwe. To byłem ja. Oboje podnieśliśmy kartki z moim imieniem. Następne pytanie to: kto lepiej prowadzi samochód. Z tym było trochę problemów, ale jako facet sądziłem, że to ja. Na szczęście Alexa też tak sądziła. Potem było jeszcze kilka innych pytań np: kto będzie trzymał kasę? kto ma fajniejszych teściów? kto pierwszy wyciąga rękę po kłótni? kto pierwszy zasypia w łóżku? kto będzie zmywał po posiłkach? kto będzie rządził w sypialni?
Na większość z nich odpowiedzieliśmy jednakowo, z czego bardzo się cieszyliśmy.
Potem wybrani do kolejnego zadania byli czterej panowie, którzy mieli w ciągu pół minuty zdobyć jak najwięcej damskich butów. Ten, który zbierze najwięcej wygrywa. Potem graliśmy w znane chyba wszystkim gorące krzesła. Potem zbieraliśmy na wózek dla naszego przyszłego maluszka. Potem był również taniec na gazecie. Odbył się ten konkurs tańca dla panów. Panowie zgłaszali się do zabawy. Zdjęli marynarki i podwinęli spodnie do kolan. Następnie po kolei tańczyli Jezioro Łabędzi, tango, walca, salsę przy stosownym akompaniamencie. Śmiechu przy tym wszystkim było nie mało. Każdy się dobrze bawił.
Gdy nastał ranek i zaczęło już świtać ostatni goście rozeszli się, a my wróciliśmy do swojego pokoju, aby cieszyć się sobą.

**************
No i jak się podoba? Pierwsza jednorazówka na tym blogu. Mam nadzieję, że nie jest taka straszna ;) 
I przypominam też o komentarzach pod ostatnim rozdziałem :)

niedziela, 29 grudnia 2013

Rozdział 16

No hej :) Jak tam u was? Kolejny rozdział, na który serdecznie zapraszam. Liczę, że Wam się spodoba :D


Rozdział 16

*Per. Jamesa*
Sam. Zupełnie sam pośród 4 ścian. Z własnymi myślami. Jest ich setki, tysiące, miliony. Ale jedna główna nie daje mi spokoju: zostawiła mnie. "Nie kocham cię, nigdy nie kochałam." Te słowa wciąż chodziły mi po głowie nieustannie przypominając jak dałem się wykorzystać. Żywiłem do niej prawdziwe uczucie. Byliśmy tacy szczęśliwi, a ona... Ona tylko udawała. Nie dochodziła ta myśl do mnie. To wszystko było takie trudne. W jednej chwili cały mój świat się zawalił. Odechciało mi się wszystkiego. Odechciało mi się żyć. Oddałem jej moje serce, ona rozwaliła je na kawałki. Myślałem nawet w pewnym momencie, że to ta właściwa dziewczyna. Wiązałem z nią swoją przyszłość. A teraz? Teraz nie mam dla kogo żyć.

*Per. Cat*

- Jak to zostawiła go? - spytała Meg.
Cały czas słuchałam opowieści Jennifer i nie docierało to do mnie. Żadne słowo. Tak mi było go szkoda. A jeśli chodzi o Bridget... Szkoda gadać.
Byłam cały czas opanowana, ale w pewnym momencie puściły mi nerwy.
- Co za szmata! Co za idiotka! Jak ona mogła zrobić coś takiego?! Niech ja ją tylko spotkam, to sobie z nią porozmawiam!
- Cat, spokojnie. Nie unoś się tak. - uspokajała mnie Megan. - I tak nic tym nie zdziałasz.
- Może i masz rację, ale rozpierdala mnie od środka myśl, że tacy ludzie są na świecie.
- Niestety, tacy, a nawet jeszcze gorsi. Dlatego trzeba się uspokoić o pomyśleć jak pomóc Jamesowi. Megan ma rację. Swoimi wrzaskami i wyzwiskami nie naprawisz świata.
- Vic? - pomachałam jakby nieobecnej Victorii ręką przed jej twarzą. - Vic? Jesteś tam?
- Co? A tak, jestem.
- Czemu się tak zamyśliłaś?
- Po prostu ciężko mi się wypowiedzieć. Może powinniśmy się jakoś zebrać i coś wymyślić. Nie głupi pomysł odparłam.
Siedziałyśmy tak do późnej nocy. Myślałyśmy, rozmawiałyśmy, aż w końcu usnęłyśmy.

***Per. Kendalla*
- Chłopaki pójdę do Jamesa. Powinien zjeść z nami. Od rana nawet nie wyszedł z pokoju.
- Idź, choć wątpię, żeby coś to dało. - rzekł Logan.
Wszedłem po schodach i zapukałem do Jamesa. Odpowiedziała mi głucha cisza. Gdy próbowałem otworzyć drzwi okazało się, że są zamknięte.
- James nie wygłupiaj się i otwórz te drzwi.
Cisza. Zacząłem się martwić czemu nie otwiera.
- James, to nie jest ani trochę śmieszne. Otwórz te  drzwi i chodź ze mną na kolację.
I znowu cisza. Zaniepokojony próbowałem jakoś otworzyć te drzwi. W końcu Maslow się odezwał.
- Dajcie mi święty spokój, ok?
- Nie. Martwimy się o ciebie. Poza tym nie spędzisz reszty życia w pokoju.
- Założymy się?
- Możesz mi otworzyć bo stoję tu jak idiota i gadam z drzwiami?
- To przestań gadać i idź sobie.
- Wiem, że to trudne, ale życie toczy się dalej i ...- w tej chwili drzwi się otworzyły.
- Nie. Nic nie wiesz. Nawet nie masz pojęcia co ja teraz czuję. Co z tego, że życie toczy się dalej, co? Po co to wszystko skoro nic nie mam sensu?
- James...
-  Nie, mam dość.
To były jego ostatnie słowa. Potem zamknął drzwi i tyle się z nim nagadałem.
- I co? Zejdzie na kolację? - spytał Carlos.
- Nie sądzę.
- Tak myślałem. - powiedział Logan. - Kendall, czekaj.
- No co tam?
- Mam pytanie: gdzie jest Stella, bo od rana jej nie widziałem.
- Jej kuzynka z rodzinnego miasta urodziła syna i Stella pojechała ich odwiedzić. Przy okazji też spotka się z rodzicami. A co?
- Nic. Po prostu byłem ciekawy. Nie odbierz tego źle. Serio, czysta ciekawość.
- Spoko, nie musisz się tłumaczyć. Jak będziesz z Cat to też ci będę robił takie wywody. - zaśmiałem się.
- A ja pomogę. - odezwał się z kuchni Los również z humorem.
- Nie mam w ogóle pojęcia o czym mówisz. - Logan udawał głupiego i chyba trochę się zawstydził.
- Jasne, jasne. Bardzo dobrze wiesz.
- Chłopaki teraz musimy się zając Jamesem. To jest priorytet.


***następnego dnia***
*Per. Carlosa*
Nasz menadżer zadzwonił, że musimy zjawić się w studiu bo ma nam coś ważnego do przekazania. James oczywiście nie chciał iść. Kazał powiedzieć, że źle się czuje. Nie chcieliśmy go zostawiać samego, więc z pewnym pomysłem poszedłem do naszych sąsiadek.
- O cześć Carlos.
- Cześć Megan. Nie przeszkadzam?
- Nie, wejdź.
- Dzięki. Posłuchaj, mam pewną prośbę do was.
- Jaką?
- James jest w nie najlepszym stanie jak zapewne już wiesz. My musimy jechać do studia, ale on zostaje. Czy mogłabyś później do niego wpaść i zobaczyć czy wszystko w porządku?
- Jasne, nie ma sprawy. Ale tak szczerze: powiedz mi co z nim.
- Siedzi załamany w zamkniętym pokoju i z nikim nie gada.
- Biedak. Szkoda mi go.
- Nie tylko tobie... Dobra ja lecę, bo się spieszę. Dzięki za pomoc.
- Nie ma sprawy. Cześć.
- Cześć.
 Gdy chłopaki pojechali ja udałam się do Jamesa...

*************
Jak wam się podoba? Jak myślicie: co dalej będzie z Jamesem? I co z Cat i Loganem?
Odpowiedzi w komentarzach :)

CZYTASZ-KOMENTUJ :D
10 KOMENTARZY=KOLEJNY ROZDZIAŁ :)

wtorek, 10 grudnia 2013

Rozdział 15

Widzę, że trochę ciężko z tymi komentarzami bo dopiero dziś był 10 :/
A skoro obiecałam rozdział to proszę bardzo :) I liczę, że wam się spodoba. Miłego czytania.


Rozdział 15

*Per. Logana*
- Bridget zniknęła... powiedział z bladą twarzą James.
- Jak to zniknęła? - spytał Carlos.
- Nie ma żadnych jej rzeczy i do tego nie odbiera telefonu. Martwię się, bo nie wiem co się stało. Boję się o nią.
Miałem złe przeczucia i chyba domyślałem się o co może chodzić. Jednak na razie nie chciałem nic mówić by nie dołować Jamesa.
- Może pójdź do pokoju i poszukaj czegoś, nie wiem w stylu jakiejś wiadomości od niej czy coś?
Maslow się nie odezwał tylko popędził na górę, a my za nim. Przeszukiwał wszystko, aż w końcu natknął się na jakąś kartkę, która była pewnie od Bridget. Po przeczytanie jej zbladł.
- Co się stało? - spytałem.
- Masz i czytaj. - wręczył mi ową kartkę załamany James po czym sam usiadł na łóżku z głową schowaną w dłoniach.
Zacząłem czytać.


James
Szkoda, że muszę ci to pisać bo o wiele bardziej chciałabym ci to powiedzieć w oczy, aby zobaczyć twoją minę. To koniec. Nie kocham cię. Nigdy nie kochałam. Chciałam tylko twojej kasy, którą w końcu dostałam. Ale ty jesteś naiwny. Chora matka? Skoro serio dałeś się nabrać to ja muszę być na prawdę dobrą aktorką. Mam to co chciałam a teraz znikam. Nie znajdziesz mnie. Choć szczerze powiem, że mi trochę będzie brakować tego domu, w którym tyle przeżyłam nic nie robiąc, a dostając wszystko od ciebie. Teraz zaczynam nowe życie z moim PRAWDZIWYM facetem. A ciebie... Ehh. Pewnie będą pisali jak to "młoda gwiazdeczka się załamie, po tym jak rzuciła go dziewczyna". Chętnie to poczytam, wiesz będzie niezły ubaw.
Do niezobaczenia.
Bridget


Zacząłem przeklinać w myślach, ale Carlos nie był tak opanowany, bo to co ja myślałem, on powiedział. Jak ona mogła mu to zrobić? Wiedziałem od początku, że coś jest nie tak.Wiedziałem, że do siebie nie pasują, że będą z tego problemy. Ale James to mój przyjaciel. Był taki szczęśliwy, więc nie chciałem go dołować. A teraz żałuję, bo jednak trzeba było. Może teraz by tak nie cierpiał.
- Stary... - zaczął Kendall.
- Ja ją tak kochałem. Na prawdę kochałem. A ona... Zrobiła takie coś.
Widać, że ciężko mu było o tym mówić. Nie dziwię się wcale.
- Spokojnie. Będzie dobrze. - próbowałem go pocieszyć.
- Nie Logan. Nic nie będzie dobrze. Dziewczyna, którą darzyłem ogromnym uczuciem zniknęła tak po prostu zostawiając list, że tak na prawdę to wszystko była tylko ściema, i że NIGDY mnie nie kochała. Rozumiesz co to znaczy?
- Posłuchaj teraz ty. Wiemy w jakiej sytuacji się znalazłeś, ale będzie dla ciebie najlepiej jeśli jak najszybciej zapomnisz o niej. To zwykła szmata, skoro zrobiła coś takiego. - powiedział Carlos. 
- Starczy tego. - wkurzył się James - Zostawcie mnie samego. Muszę to przemyśleć. 
*Per. Jennifer*
Cat już się trochę lepiej czuła, a ja poszłam do chłopaków podziękować Loganowi, że się tak zajął naszą Cat. I przy okazji chciałam pogadać o zbliżających się urodzinach Vic. Otworzył mi ten, do którego przyszłam.
- Siemka Logan. - powiedziałam się radośnie. 
- Cześć.- przywitał się ze mną z chyba niezbyt dobrym humorem - Proszę wejdź.
- Dzięki.
Gdy weszłam do środka wszyscy z wyjątkiem Maslowa siedzieli w salonie z przygnębionymi minami. 
- Cześć wszystkim.
- Cześć.
- Chciałam podziękować ci Logan, że wczoraj zająłeś się Cat oraz chciałam pogadać o urodzinach Vic, ale widzę, że chyba przyszłam nie w porę. Coś się stało?
- Tak.
- A mogę wiedzieć co? Ale jak nie chcecie mówić to zrozumiem.
- Bridget wyjechała zostawiając to. - Logan podał mi jakąś kartkę, którą natychmiast przeczytałam. Nie mogłam uwierzyć w to, co tam jest napisane. Jak ona tak mogła?!
- O mój Boże...
- Nas też to przeraża. A teraz pomyśl co czuje James. - powiedział Kendall.
- Jak on się trzyma?
- Siedzi zamknięty w pokoju i nie chce z nikim gadać. 
- Jak ona mogła mu zrobić coś takiego? Kurde, od razy po tamtej rozmowie powinnam mu powiedzieć, co słyszałam, i że coś nie gra. 
- Zaraz... O jakiej rozmowie mówisz? - spytał Carlito.
- Gdy byliście kiedyś u nas, a ja z Meg poszłyśmy po jakiś prowiant do kuchni, słyszałyśmy jak Bridget rozmawia z kimś przez telefon. Była to dość dziwna rozmowa. Z tego co pamiętam to mówiła, że wie jaki jest plan, ktoś tam się niczego nie domyśla, i że wszystko zrobi tak, że ten ktoś się nawet nie zorientuje.
- I teraz wiemy o kogo i o co jej chodziło dokładnie. - powiedział Kendall.
- Wiedziałem, że z tymi pieniędzmi to jakiś przekręt. - burknął pod nosem Logan. 
- O jakich pieniądzach mówisz? - spytał Los.
- Ostatnio, gdy wróciłem do domu zastałem Bridget i Jamesa kłócących się. Mówili o pieniądzach na operację dla ciężko chorej matki Bridget. James obiecał jej pomóc.
- Zasadziła się na niego, rozkochała w sobie, zabrała kasę, a potem nawiała. Ja mu serio współczuję. - odezwał się Kendall.
- Nie obrazicie się jak powiem o tym dziewczynom? Sądzę, że powinny wiedzieć aby nie palnęły jakiejś głupoty podczas rozmowy. 
- Jasne, nie ma sprawy. Z resztą jak im powiesz to może wpadną na pomysł jak pomóc Jamesowi, bo my na razie nie wiemy co robić.
- Jasne. To ja lecę. Pa.
Gdy wróciłam do domu i wszystko im opowiedziałam nie mogły uwierzyć...

***************
 I jak? Co sądzicie o zachowaniu Bridget? I jak się to wszystko potoczy dalej? 
10 KOMENTARZY=KOLEJNY ROZDZIAŁ